Zamiast wstępu, czyli dlaczego owady
Nie ma czegoś takiego, jak działania, które nie powodują konsekwencji, to oczywiste. Zawsze jest jakieś „potem”. Coś wpływa na coś, to z kolei na inne, a potem jeszcze na tamto i okazuje się, że na końcu tylko konsekwencje są pewne. Działanie i konsekwencje – jakże banalne – to dwie strony tej samej monety. Jednak akurat w świecie, w którym prym wiedzie działanie, w którym działanie jest cnotą, w świecie na nim opartym, konsekwencje się ukrywa, licząc, że może nikt nas nie wywoła do tablicy. Że jakoś to będzie. Koszty zamiecione pod dywan, przemilczane ciągi dalsze, destrukcja, o której się nie mówi. W ten sposób działa każdy rynek, przede wszystkim spożywczy. Świeża ryba na obiad? Świetnie, ale co poza tym, że świeża i świeża według jakiego słownika? Mimo to jemy. Z jednej strony cieszę się, że moje dzieci poszerzają menu. Bardziej z przyzwyczajenia niż bazując na obecnym stanie wiedzy, myślę: zdrowo, w końcu ryba. Potem jednak zaczynam zastanawiać się, jak do nas trafiła, przez czyje ręce przeszła, w jaki sposób została wyhodowana, co jadła i co musiało się wydarzyć, żeby producentom opłacało się dostarczyć ją na mój talerz z tak daleka. Cały ten rynkowy ekosystem. Przełowione łowiska, zniszczone dno morskie, zaburzony ekosystem wód, zabici postronni obserwatorzy – ptaki, żółwie, delfiny, morświny, foki, inne gatunki ryb. Transport i logistyka, bo przecież mieszkam w Europie, a my tu już ryb w zasadzie nie mamy. Zanieczyszczenie powietrza, cały ten ślad węglowy ryby. A może mój obiad przypłynął ze stawu hodowlanego? W takim razie należy doliczyć użyte antybiotyki i środki pasożytobójcze. Mało kogo to obchodzi, ale jest jeszcze coś takiego jak cierpnie: zagęszczenie na metr sześcienny, okropnie niska jakość wody, sposób, w jaki zadaje się śmierć. Więc cóż takiego dobrego zrobiłem dla siebie i dla świata kupując tę rybę, piekąc ją z dużą ilością czosnku, cytryny, odrobiną masła? Kogo wspieram? Na pewno nie siebie i moje dzieci: jesteśmy po takim obiedzie jednak nieco mniej zdrowi. A przy okazji przyczyniliśmy się do wsparcia sieci zależności, które sprawiają, że trudno mi spoglądać z optymizmem w przyszłość. Usankcjonowaliśmy koszty zamiecione pod dywan.
Co by było, gdybyśmy dziś zjedli kurczaka? Wołowinę? Ok, vegeburgera? Przecież nawet produkcja roślinna niesie za sobą konsekwencje w postaci utraty bioróżnorodności, wylesienia, zanieczyszczenia środowiska całą masą środków chemicznych. Mogę udawać, że taka produkcja jest pozbawiona śmierci, ale z tyłu głowy wiem przecież, że tak nie jest. Jest to tylko śmierć inaczej dystrybuowana, plasuje się gdzieś dalej w łańcuchu zależności. Gdzieś tam giną pszczoły, jakiś ptak umiera zatruty zatrutymi od pestycydów owadami, giną ryby w pobliskim jeziorze; kto wie, może choruje od tego jakiś człowiek.
Można oczywiście się nie przejmować i robić swoje. W końcu, jak się rzekło, konsekwencje są zawsze, nie ma działań ich pozbawionych, a jeść trzeba. Poza tym działają tu większe siły niż my sami. Bo jak zorganizować stołówkę, w której żywi się 8 miliardów ludzi? Nie da się tego zrobić bezkosztowo. Produkcja żywności, jak wszystko dziś, jest produkcją masową, uwikłaną w sieć globalnych zależności. Zawsze więc ktoś ucierpi: w pierwszej linii środowisko i zwierzęta, a wraz z nimi – my.
Kiedy kilka lat temu zainteresowałem się owadami jako potencjalnym źródłem pożywienia, czy to dla zwierząt czy dla ludzi, nigdy bym nie pomyślał, że sam będę się tym zajmował. Pomyślałem po prostu: fajnie by było. Fajnie by było, gdyby produkty pochodzenia owadziego weszły do sieci zależności oplatającej rynek spożywczy. Fajnie by było, gdyby pozyskane z owadów białko, tłuszcz, mikroelementy i witaminy mogłyby stanowić pożywienie dla zwierząt, żebyśmy nie musieli żywić ich nimi samymi (mączka rybna) czy uprawami GMO, a mogli dostarczyć pełnowartościowy pokarm, którego koszt środowiskowy jest w zasadzie zerowy. Fajnie by było, gdybym sam mógł korzystać z takich produktów w postaci mączki z dużą zawartością białka choćby do pieczenia chleba, batonów energetycznych, napojów proteinowych, a kiedyś może burgera z białkiem z owadów, lasagne, makaronów, co tam chcecie. Bo znów chodzi o konsekwencje i zależności. Wprowadzenie produktów pochodzenia owadziego do sieci zależności w masowej produkcji żywności mogłoby w ogromnym stopniu odciążyć system napięty już do granic możliwości. Każda jedna zabita krowa mniej, każde ograniczenie w masowej produkcji kurczaków i świń, każde pole uprawne uwolnione spod masowej produkcji roślinnej na rzecz lasów, każda chmura metanu, każdy metr sześcienny dwutlenku węgla, z którego produkcji zrezygnujemy, każde ograniczenie w połowie przetrzebionych ławic ryb – to już sukcesy. Konsekwencje dla środowiska mogłyby być zbawienne. Konsekwencje dla naszego zdrowia i zdrowia zwierząt: nieocenione.
Oto, co mnie przekonało:
- Produkcja gazów cieplarnianych
To dziś główny problem wpływający na ocieplenie klimatu. Wiadomo: nigdy w historii ludzie nie produkowali ich w takiej ilości. Co roku emitujemy do atmosfery 51 miliardów ton gazów cieplarnianych (dwutlenku węgla, metanu i innych), które utrzymując się w atmosferze zatrzymują ciepło pochodzące z promieni słonecznych. Klimat się ociepla, topnieją lodowce, zaczynają się anomalie pogodowe – wystarczy przypomnieć sobie te z tych wakacji, było ich kilka. Każda nasza czynność wyzwala do atmosfery niebezpieczne związki ekwiwalentu CO2: choćby taki z pozoru nic nie znaczący search w internecie. Ale głównymi emitentami są produkcja energii, transport i produkcja żywności. Ta ostatnia, w zależności, kto i jak liczy to od 19% do 21% wszystkich emisji. Tymczasem, jeśli porównamy ile ekwiwalentu dwutlenku węgla jest wydzielanych do atmosfery przy produkcji zwierzęcej z uwzględnieniem gatunku owada mącznik młynarek, wychodzą takie oto magiczne dane:
wykres
W prostych słowa oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że nawet taki delikatne przesunięcie w produkcji białka – przesunięcie z krowy na owady choćby – może w wymierny sposób wpłynąć na dobrostan naszej planety. Moim zdaniem jest to coś, czego nie da się przecenić.
- Zużycie energii przy produkcji
Nie ma produkcji bez zużycia energii. Energię z kolei produkuje się, emitując do atmosfery gazy cieplarniane. Należy zatem wybrać taką produkcję, która tej energii potrzebuje jak najmniej.
- Zużycie powierzchni
W produkcji owadów nie potrzebujemy pól. Nie musimy ich wypasać, nie musimy ich uprawiać na wielkich areałach. Larwy owadów najlepiej czują się w małych reaktorach, które gromadzimy na regałach w ciepłym i dość wilgotnym pomieszczeniu. Tam czują się najlepiej. Ponadto, ponieważ taka produkcja jest odseparowana od świata zewnętrznego, nie zagrażają im żadne patogeny. Nie musimy więc stosować środków ochronnych, antybiotyków czy pestycydów. Wystarczą otręby zbożowe i nieco świeżych warzyw, którymi je żywimy.
Wyobrażam sobie, co można zrobić z w ten sposób uwolnionymi połaciami pól i łąk. Ile lasów można zasadzić, ile zebrać warzyw i owoców.
- Zużycie wody
- Zdrowie